Po drugiej stronie kratek

Nigdy wcześniej tak bardzo nie bałem się spowiedzi. Idąc do konfesjonału, przy którym już ustawiła się kolejka, serce waliło mi jak młotem. Czułem coraz mocniejszy i szybszy puls. W sercu pojawiła się jakaś dziwna obawa, niepokój i coraz więcej pytań o to, jak ta spowiedź będzie wyglądała. Po ludzku byłem całkowicie rozwalony. To miała być pierwsza spowiedź w moim życiu przeżyta z drugiej strony kratek konfesjonału. Bałem się bardzo – ja, ksiądz.

To było niezwykłe doświadczenie wiary, a dokładniej działania Pana Boga. Kiedy usiadłem w konfesjonale, założywszy fioletową stułę na szyję, obawa całkowicie minęła. Wystarczył znak krzyża uczyniony kapłańską dłonią nad klękającą do konfesjonału kobietą, aby z zalęknionego człowieka pojawił się zasłuchany kapłan, świadomy, jak wielką władzę Bóg złożył w jego dłonie. Nie pamiętam grzechów wyznanych w tamtej spowiedzi. Minęło już ponad dwanaście lat. Ale pamiętam jak na koniec, już po rozgrzeszeniu, wyszeptałem do podnoszącej się z klęczek kobiety: „dziękuję ci za piękną spowiedź”. Pamiętam też jej oczy, zwrócone na mnie, gdy całowała krzyż wyhaftowany na stule. Takiego spojrzenia pełnego wzruszenia się nie zapomina.

            Potem nigdy już więcej nie bałem się, kiedy szedłem spowiadać ludzi. Obawa była czysto ludzkim przeżyciem, ale kiedy zaczął działać Bóg, to na lęk nie było już miejsca. Od tamtej mojej pierwszej spowiedzi, kilka dni po święceniach kapłańskich, mam pewność, że słucham, pouczam i rozgrzeszam nie w swoim imieniu, ale mocą samego Jezusa. Trudno to opisać słowami, ale jest to piękne doświadczenie działania Ducha Świętego, gdy po ludzku nie mam żadnej odpowiedzi na trudną sytuację człowieka spowiadającego się, a myśli przychodzą same i układają się w niezliczoną ilość litanii o Bogu, który jest bliski człowiekowi; Bogu, który nigdy nie zostawia grzesznika samego; Bogu, który doskonale rozumie i potrafi współczuć, wie, co to ból i cierpienie; Bogu, który pragnie ludzkich powrotów.

            Zawsze kiedy do mojego konfesjonału podchodzi kolejna osoba, czynię bardzo proste założenie – ta osoba ma w sobie żywą wiarę. Wiem o tym. Nie musi mi tego udowadniać słowami, dowodami swojej pobożności i przywiązania do różnych form modlitewnych. Wystarczy, że jest właśnie tutaj, przy kratkach konfesjonału. To już jest akt niezwykłej wiary w to, że miłosierdzie Boga jest niepojęcie większe od słabości człowieka. Nie da się szczerze spowiadać bez wiary. To niewykonalne. Nikt o zdrowych zmysłach nie opowiadałby o swoich najgorszych słabościach, błędach i wadach komuś obcemu. Czynimy tak właśnie dlatego, że jest w nas wiara, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiamy.

            Lubię, gdy do spowiedzi przychodzi człowiek, który w swojej własnej ocenie jest wielkim grzesznikiem. Często się tak zdarza, gdy ktoś od długiego czasu nie był u spowiedzi. W kolejce zawsze stoi pokornie, nie kłócąc się, kto przed kim stał. Klęka do konfesjonału nieśmiało, zupełnie jakby nie chciał odgłosem klęknięcia spłoszyć spowiednika. Zaczyna po cichu. Ledwo słyszalnym szeptem wymienia przybliżoną datę ostatniej spowiedzi sprzed lat. Spowiada się szczerze, nazywając grzech zawsze po imieniu. Na tych spowiedziach nie ma ani pośpiechu, ani zbędnych tłumaczeń czy prób przerzucenia winy na kogoś innego. Słuchając wyznania kolejnych grzechów, już cieszę się w duchu tym, co zaraz powiem tej osobie w imieniu Jezusa. Wręcz nie mogę się doczekać tego momentu, gdy władzą daną mi przez Jezusa dam tej osobie uwolnienie. To zawsze niezwykła chwila. Czasami nie wiem, kto z nas cieszy się bardziej.

            Nie lubię spowiedzi szybkich, pełnych rutyny i wyrachowania; gdy grzechy wystrzelane są serią jak z karabinu maszynowego, wszystkie na jednym oddechu. Wyznanie trwa kilkanaście sekund, a serce penitenta (spowiadającego się) zdaje się nie czekać na żadne słowo, ale na zaliczenie kolejnej spowiedzi. Pana Boga można już wtedy odfajkować z listy spraw do załatwienia. Staram się wówczas tłumaczyć, budzić pragnienie doświadczenia prawdziwego Boga. Nie zawsze się udaje…

            Mam też stałych „podopiecznych”. Takich, którzy co miesiąc powracają i chcą dać się prowadzić. Z nimi razem mogę iść po różnych ludzkich drogach, na których szukamy Bożych śladów. Nazywamy je po imieniu. Cieszymy się, gdy zauważamy ich coraz więcej, aż dojdziemy do przekonania, że nic poza nimi nie istnieje naprawdę jako ważne i nadające sens codzienności.

            Mam ważną prośbę do ciebie. Gdy stoisz w kolejce do konfesjonału, gdy może w sercu jakaś niepewność czy trwoga, pomódl się za tego księdza, który spowiada osobę, stojącą w kolejce przed tobą. On bardzo tego potrzebuje. Nie proś, by był łagodny czy wyjątkowo miły. Wołaj, by podczas twojej spowiedzi w jego kapłańskim sercu był mocno obecny Jezus. To wystarczy.

ks. Tomasz Gap