O zbitej szybie, wstydzie i przebaczeniu

Tamte chwile były straszne. Dom, piłka, szyba w drzwiach potłuczona na tysiące małych kawałków niczym nowa kolekcja puzzli Trefla i ja, mały Damian, który właśnie przed chwilą pięknym strzałem z rzutu wolnego trafiłem w samo „okienko”. Wielkie oczy, kontury ust ułożone w stylu „ups” i serducho walące jak dzwon Zygmunta.

Wiesz, czego najbardziej boi się malec, który nabroi w domu? Jasne że tego, co powie mama, czy będzie dla niej dalej wspaniałym dzieckiem, czy może już trochę mniej. A co na to tata, przecież zawsze jest tak dumny z syna? Jak zareagują? Będzie kara, czy tym razem się upiecze? Tysiące pytań, układających się niczym nuty na pięciolinii w melodię niepewności, strachu, zakłopotania i smutku.

Niestety, smutne doświadczenia z dzieciństwa przenosimy czasami, będąc już dorosłymi, na inne obszary naszego życia, m.in. na sferę wiary. Często postrzegamy Boga jako tego ostrego i groźnego władcę, który z berłem w dłoni tylko czyha na nasze potknięcie, by wymierzyć nam solidną karę i wreszcie pokazać, kto tu rządzi. Ale czy naprawdę taki jest Bóg, którego ukazuje nam Jezus Chrystus w Ewangelii? Czy jest Bogiem odległym, czy raczej Bogiem, który zawsze jest blisko i któremu na nas zależy?

Pamiętam doskonale, że to dobry Bóg podał mi rękę i wyciągnął ze smutnego morza grzechów, w którym już prawie tonąłem. Spowiedź święta to najcudniejszy pomysł Boga, który w tym sakramencie chce nas odnawiać i umacniać, doświadczam tego za każdym razem, gdy tylko uklęknę przy konfesjonale. Jak powiedział mi jeden ze spowiedników: „spowiedź święta to coś niepojętego, my przynosimy wszystko, co najgorsze, bród naszego życia, a Bóg, zabierając to, daje nam coś wspaniałego, jakby perłę, nową tożsamość”.

Najbardziej pociąga mnie w Bogu nieskończone miłosierdzie, którym nas obdarza. My broimy, a On ciągle chce nam przebaczać. Idę do konfesjonału jako grzesznik, facet, który znów nawalił, a On po raz kolejny zabiera to wszystko i oczyszczając, czyni mnie swoim ukochanym dzieckiem, czystym, pięknym, silnym i dobrym.

Największy podstęp szatana to wmówić nam, że jesteśmy takimi, jakimi idziemy do spowiedzi, a Bóg ukazuje nam, że nasza prawdziwa tożsamość jest taka, jak wtedy, gdy z tej spowiedzi wychodzimy. Bóg nigdy nie męczy się przebaczaniem nam, często tych samych grzechów; Jego miłosierdzie, jak mówi sam Jezus św. Faustynie – jest niewyczerpalne. „Bóg nikomu miłosierdzia swego nie odmówi. Niebo i ziemia może się odmienić, ale nie wyczerpie się miłosierdzie Boże” Dz 72.

Zawsze gdy klękam w ławce po spowiedzi, nie mogę wyjść z podziwu nad wielkością miłości Boga, jaką mnie obdarza. Nad tym, że On sam dał się biczować, kopać, opluwać i w konsekwencji przybić do krzyża, żebym ja nie musiał tkwić w grzechach, ale zawsze miał do Niego swobodny przystęp jako Jego ukochany syn. Moim zdaniem, właśnie to odzyskiwanie królewskiej tożsamości jest najważniejszą kwestią spowiedzi, o czym wielu zapomina.

Wielu młodych podchodzi do spowiedzi jak do nieprzyjemnego obowiązku, zmieńmy to podejście – na żywe spotkanie z Jezusem, który przez kapłana chce zmazać nasze grzechy i odnowić naszą królewską godność swoją miłością, a wtedy zauważymy, że nasze życie zacznie się zmieniać. Nie będziemy musieli wtedy udawać kogoś, kim nie jesteśmy, naśmiewać się z innych czy szukać podziwu, bo poznamy swoją wielką godność. Zrozumiemy, że Jezus umarł za nas na krzyżu, jesteśmy dziećmi samego Boga, a pełnię szczęścia da nam słały z Nim kontakt. Tylko Jezus może dać prawdziwe życie, akceptację i miłość, których tak bardzo potrzebujemy.

Jak poprawić swoje podejście do spowiedzi i ze sztucznego obowiązku recytowania regułek przejść do żywego spotkania z Jezusem? Przede wszystkim poprzez zmianę swojego nastawienia do Boga i zrozumienia, że Bóg nie jest odległym, surowym władcą, ale stale jest blisko ciebie, wciąż cię szuka i obdarza miłosierdziem. Poprzez sakrament spowiedzi nie działa Bóg, któremu jesteś obcy, ale Bóg, który właśnie za ciebie, zakrwawiony i opluwany, zawisł na krzyżu, abyś nie musiał tkwić w bagnie grzechu, ale byś mógł żyć pełnią życia jako Jego ukochane dziecko. Jednak żeby to przyjąć, potrzeba odwagi, przełamania wstydu i pokornego uklęknięcia przy kratkach konfesjonału.

Damian Krawczykowski